"Nie kocham,
nie czuję
z żelaza jestem i będę"
Przypomniały mi się czasy przeprowadzki, nowe miejsce,
początek gimnazjum.
Rodzice, odrzucenie, stara miłość.
Nowe miejsce, niepewność.
Siedziałam zwykle skulona przy łóżku i się kiwałam.
Albo spałam, ale jak zasypiałam to po godzinie czy trzech
znowu się budziłam, przez koszmary.
I znowu się kiwałam.
Robiłam zadania, w szkole nuciłam fragment piosenki braci
"udawaj wciąż, lubić się daj...", uśmiechałam się.
Wracałam do domu, rodzice robili awantury.
Płakałam, kiwając się, powtarzając "Nie kocham, nie
czuję, z żelaza jestem i będę".
Żałosne. Słowa powtarzane w kółko robiły się prawdą. Powoli
wypierałam wspomnienia.
"jak umrę, nikt nie zauważy"
bo to prawda.
Ale ktoś zauważył.
Uderzył w twarz, jak pijanemu kubeł z wodą.
Codziennie łamał każdą barierę
strach przed dotykiem
dawał mi cele na kolejny dzień
obiecywałam
w końcu miałam kogoś, komu zależało, żebym żyła
spełniałam zadania
jakbym uczyła się chodzić o lasce
coraz pewniej i pewniej żyłam
był pierwszym, od którego dostałam całusa
pomyślałam: "świat nie może być taki zły skoro istnieją
takie osoby"
ciężko było i nadal jest
czasami tylko tamta obietnica trzyma mnie w pionie
bez względu na wszystko
nie pozwolę, by ktoś zachwiał moje filary
zaatakuję, zawalczę, każdego kto mi zagrozi.
Tak to teraz czytam i zastanawiam się czy nie mam podwójnej
osobowości.
Ale serio.
A może to przez temperaturę?
W każdym razie znikam najbliższej niedzieli. Jak w ciągu
tygodnia się nie pojawię z powrotem, to postawcie na mnie krzyżyk.
I znicz przy okazji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz